23.

Warszafka zaraz dostanie piany na ustach. W czwartek pojechała do Małego Miasta. Chwilę po tym jak dotarła do domu rodziców, wróciła do niego jej mama, która załatwiała formalności w banku. Warszafka spojrzała na dokument potwierdzający zawarcie lokaty i spytała czy to żart. Rodzice Warszafki są już dość wiekowi i nie posługują się narzędziami elektronicznymi. W każdym razie – lokata założona przez doradcę bankowego do konta „wyższej jakości” zawierała obrażająco niższy procent zysku i drakońskie warunki na wypadek jej zerwania. Warszafka sprawdziła szybko internetową ofertę banku i poprosiła mamę żeby zadzwoniła do banku i sprawdziła możliwość podpisanej przed chwilą umowy. Okazało się na szczęście, że jest to możliwe przez kilka pierwszych dni. I tak od piątku pracownicy banku w Małym Mieście pokazują swoją nieudolność. Najpierw nie udało im się skutecznie założyć dostępu internetowego (nie dopięte jedno z kont oszczędnościowych). Potem źle wprowadzone narzędzie autoryzacji (sprawdzane dwa razy, a i tak źle), zlikwidowana nie ta lokata (spowodowało to długi proces odkręcania, autoryzacji, stratę czasu i zawieszenie pieniędzy gdzieś w przestworzach bankowych systemów). Dziś już wszystko miało pójść gładko. Nie poszło, bo okazało się, że narzędzie autoryzacji nadal jest złe. Mail do banku, telefon. Ciekawe ile razy jeszcze, ile jeszcze błędów popełnią i w ilu miejscach nie sprawdzą danych. Warszafka ostatkiem silnej woli zachowuje spokój i jeszcze nie napisała / powiedziała co myśli o jakości obsługi klienta w centralnym banku Małego Miasta.

22.

Warszafka spędziła w Małym Mieście kilka dni urlopu praktykując tzw. slow life. Pewnego dnia przyjechała jej dawna koleżanka z córkami. Wybrały się na spacer  starymi szlakami nad jeziorem. Gorący dzień, centralny punkt nadjeziornej ścieżki, przy wejściu stoi gość w stroju stylizowanym na motocyklistę. Zaczepia ludzi pytaniem „Do you speak English?”. Pytanie to kieruje też do koleżanki Warszafki, która akurat w tym języku nie mówi. Do akcji wkracza Warszafka: „Yes, I do”. Jednocześnie widzi, że kilka kroków dalej stoi młody człowiek i z zainteresowaniem patrzy jak rozwinie się ta akcja. Motocyklista wyraża zdziwienie, wita się, rzuca komplementem. Niestety pytania: „Do you need some help?” już nie rozumie. Jego angielski kończy się mniej więcej na poziomie „goddammit”. Warszafka chwilę czeka na rozwój sytuacji, w końcu żegna się z „obcokrajowcem” standardowym „bye, bye” i idą z dziewczynami dalej. „Obcokrajowiec” jeszcze coś próbuje, ale powstrzymuje go młody człowiek pytaniem: „nie zrozumiałeś bye, bye?” Potem jeszcze Warszafka musi wytłumaczyć koleżance jaki poziom znajomości angielskiego prezentował przypadkowy rozmówca.

21.

Warszafce jakoś nie idzie pisanie tego bloga. Klika miesięcy temu odpuściła pomysł na zmianę życia i trwała w rytmie korporacyjnej pracy. Nawet pracę udało jej się zmienić. Okres przejściowy uświadomił jej jednak, że czas najwyższy żeby coś z tym zrobił. Praca jest generalnie nieludzka. Tak nie można funkcjonować. Na razie jednak z radykalnymi decyzjami czeka do końca umowy na okres próbny.

I tak w ramach nowej pracy Warszafka pojechała na tzw. wschód (tam podobno musi być jakaś cywilizacja) do małego miasta. Region całkowicie jej nieznany, a że samochód ma wyjątkowo słabe parametry, więc podziwiała bardzo płaski, aż zadziwiająco, krajobraz. W zawodzie Warszafki pracuje się prawie jak przysłowiowy pilot wycieczki Itaki – nie je, nie śpi, nie korzysta z toalety. Kiedy na koniec dnia dotarła do hotelu, jedynym celem stała się kolacja. Każdy, kto trochę życia spędził w delegacjach, wie że najgorszym wyborem jest hotelowa restauracja. Warszafka uruchomiła więc mapy w telefonie, ubrała się i podążyła w kierunku wybranej, przyjemnie wyglądającej na zdjęciach knajpki. Stwierdziła, że blisko 2 km w jedną stronę dobrze zrobi jej przeciążonemu nowymi informacjami mózgowi. Konsternacja narastała wraz z przemierzanymi metrami. Ciemno, pusto, tylko trochę samochodów. Po dotarciu do głównego placu miała coraz więcej wątpliwości. Całkiem przyjemne miejsce, ale wymarłe. Kawałek dalej Warszafka dotarła do miejsca docelowego, a raczej do docelowego adresu. Knajpki tam niestety już nie było. Może zwinęła się wraz z zachodem słońca… Po pokonaniu ponownie tych niecałych 2 km tylko w drugą stronę Warszafka usiadła w restauracji hotelu i zamówiła danie. Kilka minut później (tempo prawie fast food’owe) stanął przed nią talerz z daniem jak dla kierowcy TIR’a: polędwiczka wieprzowa w sosie z leśnych grzybów z pieczonymi ziemniakami i zestawem trzech surówek. Wizualnie ilość nie do zjedzenia. Warszafka do chwili obecnej nie może się nadziwić, że zjadła to do ostatka. Małe miasta i ich specyfika. Warszafce zdarza się już czasem o tym zapomnieć.

20.

Warszafka pojechała na długi weekend do Małego Miasta. Od kilku miesięcy wiadomym było, że w jego czasie odbędzie się zjazd absolwentów lokalnego LO. Warszafka rozesłała wici, ale pozytywnej reakcji nie było. Jest to coś, czego W-fka nie potrafi zrozumieć. Koniec końców nikt z rocznika matury W-fki nie zapisał się oficjalnie na zjazd. Trzy klasy, prawie 100 osób, ładnych kilka osób zostało w Małym Mieści i nawet oni się nie pofatygowali. W-fka do ostatniej chwili wahała się, czy w ogóle gdzieś się wybrać. W końcu poszła na mszę inaugurującą dwudniowy zjazd. Myślała, że może jednak, ktoś, podobnie jak ona, mimo wszystko przyjdzie. Niestety. Większość uczestników to osoby znacznie starsze od W-fki. Może jeszcze to nie czas na zjazdy, może jeszcze rówieśnicy W-fki nie dostrzegli, że życie jest krótkie, że nie ma co odkładać, że za 10 lat może być za późno.

A wspomniana msza – przewodniczył jej absolwent lokalnego LO. Dziś profesor, wykładowca UWM. Ale do kazania to się nie przygotował. Warszafka strasznie się w jego czasie zmęczyła. Opowiadał coś tak zawile, nawiązywał nie wiadomo do czego i ciągle odwoływał się do JPII tak często, że W-fka miała wrażenie, że tenże był absolwentem jej LO. Ale nic z tego. To drugi koniec Polski od Wadowic. Szkoda. Bo kazanie mogło wzmocnić poczucie jedności absolwentów. Szansa została utracona. następny zjazd dopiero za 10 lat, na osiemdziesięciolecie szkoły.

19.

Warszafka była w delegacji. Wracając starą, nieautostradową drogą oglądała z towarzyszką podróży budzącą się na polach wiosnę. Przed Tomaszowem zatrzymały się w przydrożnym zajeździe na obiad. Coś pomiędzy barem a restauracją. Warszafka zamówiła bezpieczne danie w postaci schabowego z frytkami i surówkami. Dobry wybór. Gorące, smaczne, kotlet ze świeżego mięsa. Przy rachunku nastąpiła lekka konsternacja. Suma rachunku za dwie osoby: 31 PLN. No i było jak w reklamie. Warszafka woła kelnera i mówi, że chyba się pomylił i to na jego niekorzyść. No bo danie główne jest, ale przecież dodatki były dobierane oddzielnie. Kelner sprawdza i przeprasza, że na kasie wbił sumę za całe danie i lekko rozbawiony pyta czy to za tanio. Ciągle zszokowana Warszafka stwierdza, że ceny są bardzo przyjemne, zostawia 30% napiwku i wychodzi. Stolica jednak wypacza pogląd na pewne sprawy…

18.

A teraz Warszafka musi przeprosić Małe Miasto za ostatni wpis. Pogoda w święta była przepiękna. Aż do dzisiejszego wyjazdu. Chodniki pozamiatane (nie ma to jak zagrozić burmistrzowi wygaszeniem mandatu), a do tego na jednej z głównych, długich ulic wymienione na nowe. Po raz pierwszy od kilku lat Warszafka nie musiała patrzeć pod nogi i uważać na dziury idąc na kilkucentymetrowych obcasach. Zachwyt. A po powrocie do stolicy – dwie tęcze na tle pierwszej w tym roku burzowej chmury, która ostatecznie przeszła bokiem.

17.

Święta Wielkanocne w Małym Mieście kojarzą się Warszafce z kilkoma stałymi elementami. Zwykle jest jeszcze zimno, bo to w końcu taka część kraju. Chodniki w MM są jeszcze pełne piachu, bo bezrobocie jest tam przecież „niskie” – na koniec 2015 stopa bezrobocia w powiecie wyniosła jedyne 18,5%. To ciekawe zjawisko ponieważ przez całą zimę chodniki są śliskie, a przed Wielkanocą nagle pojawiają się na nich zwały piasku. Każdego ranka należy spodziewać się, że za oknem zobaczy się kilka centymetrów świeżego, białego puchu. No i gonienie jajek. Największy kościół Małego Miasta usytuowany jest na znacznym wzniesieniu. Prowadzą do niego liczne schody. Trochę jak na Golgotę. Szczególnie zimą, bo też są zawsze oblodzone i zaniedbane. W każdą Wielką Sobotę jakieś dziecko „goni” po tych schodach niesforne jajko, które wypadło mu z koszyka. Taki rozrywkowy dla obserwatorów sygnał, że święta tuż tuż.

16.

Stolica składa się z 18 dzielnic. I mniej więcej wszyscy to wiedzą. Nazwy typu Mokotów, Żoliborz, Praga, Śródmieście są często wymieniane. Ale to tylko wierzchołek góry. Powiedzenie, że mieszka się na Pradze nie mówi właściwie nic poza stwierdzeniem, że to prawa strona Wisły i wzbudzeniem złych skojarzeń: a to ta najgorsza dzielnica… Praga to gigantyczny obszar po tej prawej stronie, a opinię zrobiło jej kilka miejsc typu skrzyżowanie Ząbkowskiej z Brzeską. Każda dzielnica ma swoje pod-dzielnice (Praga-Południe ma ich 11). Niby nie jest to oficjalne, a jednak na tablicach adresowych nie widnieje nazwa dzielnicy, a właśnie tego mniejszego terytorium. Stąd nazwy typu: Szmulki, Kamionek, Grochów (w 5 odmianach + Przyczółek Grochowski), Sadyba, Stegny.

Małe Miasto nie różni się pod tym względem zasadniczo. Też ma swoje „dzielnice”. Zwykle są to te trochę oddalone od ścisłego centrum obszary, ale ma też np. dzielnicę kompozytorów lub pisarzy. Dzięki większemu uporządkowaniu nazewnictwa ulic można łatwo zidentyfikować miejsce. Jeżeli ktoś mówi, że mieszka na ulicy Moniuszki, to myśl słuchającego natychmiast biegnie do określonej części miasta. No i to, co jest w każdym małym mieście: Plac Wolności i ul. Kościuszki.

15.

Ktoś kiedyś powiedział, że przy zakupie nieruchomości liczą się tylko 3 kwestie: lokalizacja, lokalizacja i lokalizacja. Warszafka wzięła to sobie bardzo do serca poszukując drugiego mieszkania i zapamięta tę zasadę na zawsze. Ważne jest aby zwracać uwagę na to, co już znajduje się w okolicy, ale też na to, co może powstać w perspektywie lat. Najlepszym przykładem ostatniego okresu jest Saska Kępa. Dzielnica powszechnie wielbiona w stolicy, szczególnie przez jej mieszkańców. A bo to dużo zieleni, zabudowa niezbyt wysoka, centrum miasta (tylko graniczna Wisła). O Saskiej Kępie nikt nie mówi, że to ta gorsza strona, chociaż leży po prawej stronie rzeki i należy do dzielnicy, o zgrozo, Praga Południe. Jednak od kilku lat znaczna część tej dzielnicy stała się zakładnikiem Stadionu Narodowego. Polska tym odróżnia się od innych krajów, że tu wielkie centra handlowe i stadiony buduje się w środku miasta. Warszawa zyskała w swojej panoramie fajny obiekt. Miło jest przejeżdżać obok nocą i patrzeć na zmieniające się oświetlenie. Na wybraną imprezę można dotrzeć nawet pieszo ze znacznego obszaru miasta. Gorzej mają tylko zakładnicy. Ich dzielnica jest zamykana już kilka godzin przed rozpoczęciem meczu, koncertu, czegokolwiek. Wjazd tylko za specjalną, uzyskaną wcześniej, przepustką mieszkańca. Do tego hałas i pozostałości po przemarszach „Hunów”. W niektórych sytuacjach zyskują restauratorzy i sklepikarze dzielnicy, ale zwykli mieszkańcy organizują się żeby protestować. Było tak pięknie, a tu nagle powstało monstrum. Nikt już nie pamięta największego jarmarku Europy, jaki codziennie odbywał się na starym Stadionie 10-lecia. Wtedy nie było to uciążliwe dla mieszkańców Saskiej Kępy. To taka przestroga.

14.

W Warszawie jest 130 imprez biegowych w roku. Brzmi nieźle, ale wliczone są w to wszystkie rodzaje i wielkości takich imprez, również te małe i nieuciążliwe, których trasa przebiega np. przez jakiś park. Do tego dochodzą marsze, manifestacje, protesty i masa krytyczna (piątkowe przejazdy rowerzystów, których cel nie jest Warszafce bliżej znany). Biegi uliczne cieszą się coraz większą popularnością, ale też wywołują protesty zmotoryzowanej części mieszkańców. Cierpią na tym również niezmotoryzowani – komunikacja miejska na objazdach, do niektórych obszarów nie można dotrzeć. Ot taki urok. Jedno jest pewne – w weekendy w stolicy najważniejsza jest informacja o odbywających się imprezach. Wtedy ma się wybór: albo omijamy dany rejon szerokim łukiem, albo liczymy się z tym, że łatwo nie będzie. I nie dotyczy to tylko sezonu około-letniego. Dziś, w mroźny, styczniowy dzień też odbywa się bieg miejski – na Bielanach. W Małym Mieście nie ma takiego problemu. Od chyba 3 lat odbywa się jeden bieg w roku. Trasa prowadzi wokół jeziora zwanego Wielkim. Samochody się tamtędy nie przemieszczają, bo na szczęście nie ma takiej możliwości. Jak zapewniają organizatorzy kibicować można nie tylko na lądzie, ale również z łódek i kajaków. Pojawiła się jeszcze jakaś impreza niepodległościowa w listopadzie. Szkoły zorganizują jakieś zawody, ale to już na obiektach sportowych. Nuda, panie…? A może właśnie tak powinno być? Nieuciążliwie, w pięknych okolicznościach przyrody, dla zainteresowanych. Miasto nie będzie oblepione logo głównego sponsora, ale podobno chodzi o zdrowie, a nie pieniądze.